poniedziałek, 10 listopada 2008

Turyn nocą

Już jakiś czas temu wybraliśmy się na szczyt Mole przy okazji zwiedzania muzeum kina (pojawi się na ten temat osobny post), a czekanie w kolejce zabrało nam tyle czasu, że zrobiło się ciemno.

Widok na Piazza Vittorio Veneto, z tyłu kościół na Monte dei Cappuccini. Kościół Gran Madre di Dio (więcej o nim w kolejnym poście). Superga z oddali.

Główny budynek wydziały humanistycznego vel sen pijanego dróżnika (lewy dół). Nasza kamienica (trójkąt nad uni). Budynek biblioteki filologicznej i lektoratów, w tym zajęć z języka polskiego (prawy środek, tuż nad parkingiem).

Po sobotnim spacerze z dworca Porta Nuova, skąd odbieraliśmy naszych drogich gości, mogę dołączyć zdjęcia świątecznych dekoracji na Piazza C. Felice. Jak chłopcy słusznie zauważyli, szyldy i dekoracje są tu ładne, bo prawdziwie neonowe. Wielkie kule stale zmieniają kolory przechodząc łagodnie między odcieniami. Bliźniacze kościoły to nie jest rzadkość we Włoszech, tu jednak wyglądały wyjątkowo nastrojowo.

A na zakończenie obrazek z Via Artisti (nasza stała trasa zakupowa). Na cóż jeden sierściuch, skoro można ich mieć dziesiątki?

piątek, 7 listopada 2008

Sesja na polito

Drodzy czytelnicy. Właśnie zaliczyłem oba egzaminy pierwszego ćwierćmestru.

Microelectronics

Pan profesor przeprowadził egzamin błyskawiczny - żadnego maglowania. Nie to jednak było najbardziej porażające. Można było korzystać z dowolnych materiałów - notatek, książek. Czasu zaś było dość mało - jeżeli się chciało korzystać, to tylko z wiedzą, czego szukać. Do tej pory wspominam tylko jeden egzamin tego typu w Polsce, a była to TS2 na AGH - matematyczne łamigłówki. W tym przypadku prosta matematyka - trochę mnożenia w zakresie 100. Mimo tak uproszczonego opisu, bynajmniej nie można dyskredytować inżynierskich metod, poznawanych metodą prób i błędów przez ostatnie 50 lat, a dziś podawanych na tacy przez mistrzów takich jak profesor (ma maila z domeny @cadence.com - czy trzeba więcej dowodów?). Proszę policzyć układy elektroniczne, z którymi mamy związek na codzień. Odliczając komputer w domu, w pracy, w szkole, zostaje żonglerka aparatem fotograficznym, komórką, pendrivem i mp3manem. Te przedmioty zbytku nie mają już dla mnie żadnych tajemnic.

Internet applications

Pan profesor jest najprawdziwszej maści geekiem. Napisał sporą część debiana, pythonowe bindingi do postgresql, ma 10 commitów w projekcie mono i gardzi ubunciarzami. Przeładował kurs rzeczami dla niego oczywistymi, wchłanianymi naturalną drogą przy bladym świetle kineskopu nad kawą i pizzą przez ostatnie 15 lat. Dzięki niemu potrafię pisać stronę tak, żeby mogli ją przeczytać niewidomi oraz googlebot. Potwierdził mój wybór, dokonany przed półtora roku: "Elektronika ma mniej przykrości po drodze niż użeranie się z niespodziankami internet explorera albo wymaganiami klienta przy pisaniu wspaniałych, nowoczesnych, pięknych, funkcjonalnych stron za przysłowiową studencką złotówkę". Da się, ale ja nie mam zdrowia do tego. W życiu zrobię jeszcze najwyżej dwie strony. Dla mnie i mojej żony.

Przy okazji przetestowałem google app engine. Czy ma ktoś ochotę na webserwis :P

czwartek, 6 listopada 2008

Okolice domu

Garść zdjęć z naszego najbliższego otoczenia. Na początek wszystkie panie z kopuły studio (w porównaniu do innych włoskich "dzieł sztuki" wydają się prawie cnotliwe). Ostatnio pod spodem mają miejsce kolacje sponsorowane - ten tydzień należał do Turków i zupy jogurtowej z miętą. Mehmet kręcił kompromitujące filmiki, ale nie zamieścimy ich z przyczyn oczywistych. Ciekawostka: Włosi mają do Turków stosunek szczególny, co oczywiście najlepiej pokazują przysłowia. Fumare come un turco = to smoke like a chimney; bestemmiare come un turco = to swear like a trooper (za wordreference.com)

Widok z naszego okna na Via Verdi poniżej oraz mieszkania powyżej. Poniżej jest dużo niżej, ponieważ ogród znajduje się na dachu budynku edisu (organizacji "wspierającej" studentów). Okno wygląda niepozornie, ale posiada "wpust" i "pióro"(?), przez co jest dość szczelne. Tak, na firance mamy wielką palmę :P i kilka gołąbków.

Zbliżenie na ogród. Prawdopodobnie należy do przedstawicieli starej burżuazji, ponieważ wymagał zatrudnienia pani sprzątająco-pielęgnującej, która codziennie nosi inny kolor fartuszka (na Piazza Vittorio Venetto jest sklep z takimi wdziankami - dominują bladoniebieskie, różowe i bordowe, obowiązkowo z białymi kołnierzykami). Pani podlewa trawy wężem, a w tym czasie pański pies biega po dachu, niucha na nas i obszczekuje z naprzeciwka.

Dokładnie pośrodku znajduje się blok mieszkalny, o którym mogę powiedzieć tylko tyle, że jest zamieszkały. Znacznie ciekawszy jest różany ogród nieco bardziej w prawo. Włosi uwielbiają żywe kwiaty w domu i hodowanie ich na dachach/balkonach/skwerach. Najmilsze jest to, że kwiatowe kule ozdabiające mosty (zdjęcie takiego pojawiło się już na blogu) są regularnie co miesiąc wymieniane. Ostatnio zamiast fioletowych pojawiły się jaskrawożółte - w sam raz na poprawę humoru w deszczowe dni.

Nad różanecznikiem widać wieżę kościoła. Dzwon nie dość, że wybija pełne godziny odpowiednią ilością uderzeń, to jeszcze zaznacza kwadranse pojedynczym gongiem. Mamy więc powtórkę z Wawelu i kościoła mariackiego :P Lubię patrzeć w tę stronę, bo jest bardzo małomiasteczkowa i przytulna - zupełnie niepodobna do obskurnych okolic Palazzo Nuova.

A teraz poniżej, czyli wejście do studenckiego przybytku. To tzw. sala do nauki, ale służy przede wszystkim jako miejsce spotkań - jest tam bardzo głośno, a w przerwach studenci siedzą/stoją/leżą na chodniku bądź/i palą papierosy. Aż wierzyć się nie chce, że na zdjęciu jest pusto - to musiała być niedziela. Za to biblioteki, czynne przeważnie od 9 do 18 z godzinną przerwą w środku od poniedziałku do piątku(!), są ciche i zupełnie opustoszałe. Oburzam się na brak dostępu do książek w weekend, ponieważ w ostatni piątek skróciły się godziny otwarcia z powodu manifestacji i zostałam między regałami 40 min za długo. Na szczęście usłyszałam pana gaszącego światło, bo inaczej zostałabym w piwnicy do poniedziałku :P

Tego pana mijam codziennie w drodze na zajęcia. Turyn jest dumny ze swojej sztuki współczesnej i eksponuje architektoniczne straszydła. Pan jednak jest dość sympatyczny. W głowie ma fontannę, więc przyjemnie szmyra. Ustawiają się pod nim stoiska z etniczną biżuterią i bywa, że ma paciorki pozawieszane na palcach.

Sklepy

W związku z dłuższą nieobecnością urodzinowo-zaręczynową na blogu pojawi się kilka postów na raz, a po sobocie w Mediolanie pofolguję sobie jeszcze z opisami architektonicznymi :P Na razie podzielę się z Wami swoimi obserwacjami konsumpcyjnymi.

Przemysł odzieżowy.

Włochy są podobno w centrum modowego półświatka, lecz szanownym mieszkańcom Turynu bliżej jest do stylu grunge/trash/emo/boho/metal/gothic lolita niż przedwojennej elegancji. Co rusz wpadam na mroczne sklepy w zakazanych uliczkach. Udało mi się znaleźć zaledwie 2 suknie dla elegantek - dużej (1500 euro) i małej (15 euro).

Fanki vintage nie znajdą tu nawet najmniejszych fascynatorów. Wybór butów na obcasie jest oszałamiający, choć na ulicach ich potem nie widać (mimo że nadal mamy w dzień 18 stopni). Za to spora część włoskich nastolatków jest metro, emo lub metro-emo (przedziwna mieszanka). Sieciówek pełno, ale wszystko kiepskiej jakości i drogie. Przez miesiąc poszukiwań nie znalazłam wełnianego płaszcza. Ubrania w second handach w tych samych cenach o_O Przeceny zdażają się co miesiąc, zwykle 30-50%, ale od 6 stycznia mają być w granicach 80%.

Przemysł czytelniczy.

Turyn, zagłębie komiksowe, posiada dobrze zaopatrzone komiksiarnie niemal na każdym rogu. Właściciele prześcigają się w pomysłach na szyldy i witryny - uwieczniliśmy przybytek nam najbliższy.

Natchnieni duchem obywatelskim studenci tworzą własne wersje znanych komiksów. Widziałam już na demonstracjach zdjęcie pani od reformy oświaty wklejone w: 1) portret Matki Boskiej, z podpisem "Święta Ignorancja"; 2) roznegliżowane i wypięte ciało pin-up girl, z podpisem "MY lubimy czytać"; 3) plakat z drakulą, dżokerem, gangsterem i innymi takimi, z podpisem "zabieracie pieniądze i krew studentów" o_O
Jak widać mój włoski nieco się poprawił, ale tylko dlatego, że nauczyłam się dodawać odpowiednie końcówki do angielskich wyrazów. Jeśli chodzi o zwykłe księgarnie to są przeważnie zintegrowane z kawiarnią (nie są tak przytulne jak Massolit, bardziej w stylu op-art - same nowości) lub znajdują się w blaszanych budach przy Via Po (książki używane i zużyte, wyłącznie po włosku). Księgarnia językowa jest jedna (Via Po tuż przy Piazza Castello) - libri inglese od 10 euro, raczej nowości i lektury.

Kurioza.

Podobno Włosi uwielbiają czytać biografie i autobiografie. Mnie do wspomnień z dzieciństwa zainspirowały 2 wystawy - prawie "Conan Barbarzyńca" i prawie "Był sobie kosmos". Conana lubiłam prawie tak bardzo jak Hi-mena i chciałam być kosmonautką (z tatą zapaleńczo oglądaliśmy całą francuską serię "Było sobie...").

Jeśli chodzi o popularność Hello Kitty, to z azjatyckich źródeł wiem, że gorzej jest tylko w Hongkongu.

Na koniec coś, co sprawiło, że zakręciła mi się łezka w oku. Wspomnienie lat licealnych i "krainy wiecznej szczęśliwości" w Osso. Oto hiperchwościk (zwany również mniej cenzuralnie):

środa, 29 października 2008

Rowerem

Zawsze miałem w sobie żyłkę nonkonformisty i zaliczałem się do ludzi trudnych do zaszufladkowania. Wybór środka transportu po Turynie potwierdza regułę.

Dzisiejszą opowieść należy osadzić w kontekście przestrzennym. Z Pensione Domus muszę codziennie dojeżdżać na politecnico, a odległość wg metryki taksówkowej wynosi około 4km. Sklepy i inne urzędy są przeważnie na miejscu, więc większość moich podróży odbywa się po tej trasie.

Tramwaje, autobusy, metro i winda na czubek Mole Antonelliana są obsługiwane przez firmę GTT Torino. Najtańszą taryfą jest bilet miesięczny kosztujący 18€. Tu jednak czai się pułapka, bo nie jest tak wygodny jak krakowskie bądź wrocławskie bilety. Kupiony przed dwudziestym ósmym dniem danego miesiąca jest ważny do jego końca, zaś kupiony później - do końca następnego. W razie nagłej potrzeby można zakupić bilet jednorazowy, siedemdziesięciominutowy w cenie 1€. Jego szata graficzna wskazuje na to, że można go skasować z dwóch stron. Nikt nie był mi jednak w stanie powiedzieć, czemu miałoby służyć ponowne jego skasowanie.

Realistycznie patrząc, przez pięć i pół miesiąca tutaj, zapłaciłbym 6·18€=108€ w wersji z transportem publicznym . Wyposażony w taką wiedzę, po ok. tygodniu poznawania Turynu na nogach postanowiłem zaopatrzyć się we własny środek lokomocji.

W soboty wokól Porta Palazzo (Piazza della Republica) można spotkać setki prywaciarzy handlujących tym, co im zbywa. Widziałem tam komputery z lat '80, radia z '70, sterty ładowarek do dawno nieprodukowanych komórek, meble najróżniejszej maści, stare sprzęty kuchenne itd. Po godzinie przeciskania się przez ciasne zaułki z ręką na portfelu, w końcu wypatrzyłem mój wymarzony model. Musiał być na tyle sprawny, żeby pojeździł chwilę, zanim się rozsypie i jednocześnie tak tani, żeby się opłacało go zajeździć. Po burzliwych targach zszedłem z 28€ do 27€. Dojechałem nim nawet do Pensione Domus. Od razu zaopatrzyłem się w zapięcie. Nauczony krajowym doświadczeniem, zamiast szajsowego jednoczęściowca wziąłem półtora metra łańcucha i kłódkę. Razem 8€.

Po dwóch tygodniach miałem kraksę z autem. Nic groźnego: pani skręcała na skrzyżowaniu w prawo bez sygnalizacji. Skąd mogłem wiedzieć. Wypuściła z samochodu dwie dziewczynki i dalej do targów o cenę mojego życia. Mądrzejszym wyborem od wzywania policji było wzięcie co dają. Dotargałem rower do siebie, kupiłem klucz nastawny, żeby powalczyć z zósemkowanym kołem oraz gelato na pociechę. Razem 1,2€ do przodu.

Odtąd rower był w lepszym stanie niż na początku.

Po tym niefortunnym wypadku załatałem cztery gumy. Na szczęście wszystkie zdarzały się dość blisko Pensione lub w domu. Narzędzia kosztowały tyle, co sam rower.

Właśnie nadchodzą pierwsze chłodne, słotne dni. Wierzę, mimo wszystko, że godzina "0" jest dość odległa i rower się jeszcze przysłuży.

Dziś jest 29. września. Kupując kolejny bilet miesięczny kląłbym na korki, cudowną niepewność rozkładu i podejrzanie sztuczne tłumy. Zamiast tego, w tej samej cenie, mam tężyznę fizyczną, najszybszy z możliwych dojazdów do szkoły i regularne ćwiczenia manualne.

Parę słów dla ciekawskich. Rower w latach swojej świetności, a podejrzewam, że było to sporo ponad 10 lat temu, miał imitować solidne, angielskie rowery, takie jak ten lub ten. Łączą je m.in. rzadkie wymiary opon: 26x1 3/8.

A to ja, podczas ostatniej z napraw:

środa, 22 października 2008

Nuda i nic

Ostatnio nic nowego się nie dzieje. Janisław nadal tkwi w swej politechnicznej idylli, a ja nadal się wściekam na uniwersytecki rozgardiasz (o potęgo eufemizmu!). W związku z tym zamieszczę naszą kolekcję sztuki ulicznej, przy czym komentarze i podpisy autorskie nie będą wysokich lotów. W mieście nadal trwają manifestacje, choć skończyły się już pokojowe marsze młodzieży szkolnej, a zaczęły waleczne pohukiwania studentów. Jak się dowiedziałam, obecny rząd jest o krok od wprowadzenia reformy, która zakłada, że szkolnictwo wyższe będzie w całości sprywatyzowane, co oznacza zaporowe dla większości czesne. Już i tak studia są drogie (książki, ksero, mieszkanie), nawet dla Włochów. Są wyjątkowo wrażliwi na komunistyczną retorykę, przez co postrzegają ustawę jako zamach na równość społeczną i faworyzowanie "dzieci elity finansowej". Co rusz przepadają nam jakieś zajęcia, bo demonstranci w fartuszkach do paintballa i hasłami na plecach blokują wejście do Palazzo Nuova (główny budynek wydziału filologicznego, wygląda jak sen pijanego dróżnika). W piątek szykują hiperdemonstrację (do tej pory strajkowały kolejne wydziały, tym razem mają wszystkie na raz), z czym wykładowcy poradzili sobie wybornie - zajęcia organizują w parkach miejskich :P Protestom towarzyszą różnego rodzaju koncerty, happeningi, debaty - czekamy tylko na palenie kukieł. Studentom nie można odmówić zaangażowania (mierzone w decybelach), oraz wyjątkowo zorganizowania, jako że wszystko wygląda bardzo profesjonalnie, a slogany docierają z różnych źródeł. Do nich zaliczyć należy graffiti, różnej jakości, ale zawsze upolitycznione. Poniżej przykłady. Japonkę mijamy codziennie w drodze do mensy (stołówki studenckiej). Inne napisy nawołują do bojkotu wyborów, uwolnienia więźniów politycznych, są znakiem solidarności z mniejszościami. Nawet kapucyn w niedzielę pyta z ambony: "Czy wystarczająco kochacie Murzynów z Porta Palazzo? (przekąs)". Znaki drogowe są tu liczne i zatłoczone, mimo że mało kto przestrzega przepisów. Tylko czasami nam to przeszkadza, staramy się asymilować.

sobota, 18 października 2008

Cukier

Jakiś czas temu wybraliśmy się na spore zakupy do centro comerciale i kupiliśmy wiele smaczności. Wśród produktów taniej marki sklepowej znaleźliśmy cukier, który służy nam podczas porannej kawy za lekturę.

Proszę popatrzeć:

Pozwolę sobię zamieścić poniżej własne tłumaczenia wierszy jakie zostały opublikowane na opakowaniu.

"Kiedy cukier..."

Cristina

Cukier będzie uznany bezużytecznym.
Gdy anioły zstąpią z nieba
I ustanie huk armat.
Przywrócą światu pokój.

"Błękit"

Maria

Chciałabym rozłożyć ramiona i latać.
latać... tam gdzie niebo,
gdzie zmysły się gubią,
giną w bezkresie.
Latać...
tam gdzie powietrze jest prawdziwe...
gdzie delikatność ogromu
dorównuje słodyczą cukrowi.

Jak każdy tłumacz przeżywam dylemat - piękno, czy wierność przekładowi.