czwartek, 25 grudnia 2008

Turyzm - Alba w truflowym klimacie

Przygotowania do świąt mieliśmy dosyć burzliwe (o czym w kolejnych postach), lecz nareszcie mamy czas na uzupełnienie bloga. Miast oddawać się słodkiemu lenistwu wracami myślami do Alby. To urocze miasteczko na południowy wschód od Turynu. Ponieważ nie ma bezpośredniego połączenia kolejowego, podróż trwa ok. 1,5 h, ale jest dość wygodna (część druga szybkim szynobusem). Poza tym mieliśmy bardzo miłe towarzystwo w osobie naszego irlandzkiego kolegi. Albę otaczają malownicze wzgórza o nazwie Langhe, które widzieliśmy w całości pokryte śniegiem. W sezonie uprawiane są na nich winorośle, jakoże miasteczko jest stolicą wina i trufli. W październiku odbywał się nawet truflowy festiwal o międzynarodowej sławie, ale się na niego spóźniliśmy. Miasteczko ma 1 główną ulicę, corso Cavour, która mu w zupełności wystarcza. Zaszokowała nas obecność butików Chanel, Dolce&Gabbana etc., ponieważ takiego wyboru nie ma w Turynie, który ma ponad 1 mln mieszkańców, a nie 30 tys.. W centrum zachowały się średniowieczne budynki i zaobserwowaliśmy bardzo ciekawy patent fortyfikacyjny - rodziny możnych mieszkały w wysokich wieżach :) Jest ich w sumie 13, wszystkie w prywatnych rękach, więc nie można ich zwiedzać. Jeśli należą do któregoś ze sklepów to parter przeważnie wyremontowany jest w stylu epoki (zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz). Informacja turystyczna z bardzo kompetentną obsługą mieści się na placu katedralnym. Dowiedzieliśmy się w niej m.in. o istnieniu muzeum czekolady w fabryce Ferrero (byliśmy, zwiedziliśmy, zjedliśmy, ale tylko po czekoladce). Poza tym pouprawialiśmy window shopping, czego dowód poniżej.

Zawrotne ceny trufli przebił zagadkowy sklep, w którym słoje z grzybami stały pośród mnogości książek - nie mogliśmy się zdecydować, czy to księgarnia, czy spożywczy. Turyn jest oczywiście stolicą fijata, ale i tutaj dostrzegliśmy gadżety. Oprócz kury można dostać m.in. rodzinę z lat 50 na pikniku z nowym Fiatem albo Bardot szalejącą na Vespie. Firmowe czekoladki nie wyglądały już tak kusząco.

Jedzenie zawsze estetyczne. Kusi nawet najpospolitszy warzywniak.

W Albie mnóstwo jest sklepów z zabawkami. Celowo nie piszę "dla dzieci", bo niektóre są konstrukcyjnie zbyt wyrafinowane jak na gusta pozainżynierskie :P W repertuarze - ruchomy cyrk, bolidy, lodowisko, wyścigi konne, sala taneczna, karuzela i loty balonowe. Cacuszka.

Sklep z pralinami zupełnie mnie rozczulił, zwłaszcza te obrzydliwie urocze prosiaczki (Janisław uważa, że tylko obrzydliwe). Ambicją naszego życia będzie spróbowanie wszystkich rodzajów czekoladek :)

A tutaj my :) (Jul się chwali nowym płaszczem ;)

piątek, 19 grudnia 2008

Po rowerze

No i skończyło się moje rowerowanie. Przednia dętka wybuchła uwalniając spektakularny dymek. Rower pozostawiłem tam gdzie się rozpadł. Parę minut się zastanawiałem, czy bardziej opłaca mi się go zabrać ze sobą i spróbować sprzedać w częściach lub całości. Raczej nie, bo trzebaby kupić nowe opony i dętki. Ale po co kupować nowe opony i dętki do starych, niewymiarowych, zardzewiałych obręczy - toż to tylko po allegro szukać. Ale po cóż kupować nowe obręcze do podrdzewiałej ramy. Mógłbym liczyć na to, że w Turynie są chomiki-pracusie, którzy by znaleźli dlań nowe życie, ale czy to możliwe bez socjaldemokracji? Pozostawiłem go na pastwę złomiarzy z łezką w oku, gdyż był mi wiernym towarzyszem.

A oto jedyne zdjęcia jakie mu zrobiłem:

wtorek, 9 grudnia 2008

Włoskie drogi albo rowerem po Turynie

Drogi w Turynie są dwojakiego rodzaju: corso i via. Pierwsze to szerokie, trójdzielne drogi o jakich nie śniło się polskim drogowcom. Stanowią one szkielet miasta, bo to nimi odbywa się większość ruchu. Większe od nich są tylko autostrady.

Corso składa się z trzech części. Środkowa służy do szybkiej jazdy - przeważnie rowerzyści mają na nią zakaz wjazdu. Również światła w całym mieście są tak zsynchronizowane, aby umożliwić płynny ruch przez środkową sekcję. Zielona fala dość dobrze się spisuje nawet w chwilach dużego natężenia ruchu. Czasami również ze środkowej sekcji nie można bezpośrednio skręcać w boczne ulice; trzeba wcześniej zjechać na boczną sekcję. Tak wygląda przekrój przez największe corso, np. Stati Uniti albo Unione Sovietica.

Pominąłem na tym szkicu tory tramwajowe, które przeważnie przylegają do corso. Nie potrafiłem wybrać reprezentatywnego układu (Bogut wybrałby najciekwszy). Większość corso nie jest tak szeroka - w środkowej sekcji jest tylko po jednym pasie ruchu w każdą stronę. Niemniej jednak w bocznych sekcjach prawie zawsze można zaparkować po obu stronach pasa.

Mniejsze uliczki zwą się via. Sporadycznie są dwukierunkowe. Przeważnie wyglądają tak jak boczna sekcja corso - parking po obu stronach, jeden lub dwa pasy w tym samym kierunku.

Mnogość uliczek jednokierunkowych należałoby umiejętnie zasygnalizować. Muszę przyznać, że sposób sygnalizacji wprawił mnie w zakłopotanie. Nie widziałem we Włoszech znajomych znaków drogowych C-2 i C-4, znanych mi od czasów wyrabiania karty rowerowej. Tu zlały się w jedno z odpowiednio C-1 i C-3.

Jak się później okazało, to najmniejsza z niedogodności. Jeżdżąc po Turynie (czy możemy to uogólnić?) trzeba mieć oczy dookoła głowy. Gdy włącza się zielone, trzeba przepuścić samochody, które przejechały na jasnoróżowym (tu jest taka kombinacja ;). Pieszych należy omijać z daleka. Grupą uczestników ruchu najbardziej szaloną, fantazyjną, nierozważną i romantyczną są rowerzyści. Nigdy, ale to nigdy nie widziałem, żeby rowerzysta zatrzymał się na czerwonym świetle. Zawsze przejedzie linię stopu, popatrzy czy nic nie jedzie i dalejże przez skrzyżowanie. Niezależnie od stanu technicznego roweru, własnej sprawności fizycznej etc. Rowerzyści lubią również jechać pod prąd ścieżkami dla nich przeznaczonymi, ale to chyba międzynarodowa przypadłość - patrz ul. Kopernika w Krakowie. Najpiękniejsi są zaś Ci z parasolką trzymaną w dłoni. Przecież i tak nie sygnalizują zamiaru skrętu. Mam wrażenie, że moja względnie poprawna jazda jest widoczna z daleka i świadczy o pochodzeniu bardziej wyraźnie niż paszport.

Parkingi, jak już odczytaliśmy ze szkiców, są w Turynie wszędzie tam, gdzie są drogi. Kierowców to rozpuszcza jak dziadowski bicz. Często przy rzędzie zaparkowanych samochodów ustawia się drugi sznur aut - tylko na minutkę. Światła awaryjne usprawiedliwiają wszystko i wszędzie. Gdy zaś mamy ochotę na dłuższy postój, a w zasięgu 20m nie widać miejsca do parkowania, to stawiamy auto pomiędzy pasami ruchu, na podwójnej ciągłej. Miejsca do parkowania oznaczone są pomarańczowymi albo niebieskimi liniami. Nie rozgryzłem jeszcze czym się różnią. Najpiękniejsze są momenty, gdy odkrywam samochody zaparkowane w miejscach, do których fantazję trzeba mieć naprawdę ułańską. A oto parę przykładów widzianych prawie codziennie.

Oto fragment skrzyżowania dwóch ważnych corso. Jedziemy boczną sekcją, przed nami skrzyżowanie z sygnalizacją świetlną. Nasza sekcja się zwęża, żeby zrobić miejsce na wejście do metra. Jednocześnie kończą się miejsca parkingowe. Po prawej jest piekarnia, do której chcemy wyładować chleb.

Gdzie parkujemy?

Oczywiście najbliżej.

Corso wchodzi w specyficzne rondo. Składa się z dwóch koncentrycznych pasów ruchu okrężnego. Środkowa sekcja nas nie interesuje w tym momencie, bo przejeżdża spokojnie przez środek. Zewnętrzną sekcję oplatają tory tramwajowe. Kierowcy z zewnętrznych sekcji wykazują się sporą inwencją w parkowaniu. Gdzie Ty byś postawił swą macchinę?

Poprawne odpowiedzi są trzy:

  1. Tuż przed ciasnym skrętem w prawo, zasłaniając światła.
  2. Tuż za ciasnym skrętem, sprawiając niespodziankę i zmuszając innych do szybkiego wciśnięcia się pomiędzy zaparkowany wóz, a potencjalny tramwaj.
  3. Na kolejnych światłach, uniemożliwiając skręt w prawo na zielonej strzałce.

Trzeba zaznaczyć, iż mimo tych gorzkich słów krytyki, jazda rowerem po włoskim mieście może być całkiem przyjemna. W Polsce ulice są wąskie, więc niektórzy kierowcy potrafią być agresywni, a najłatwiej przelać nienawiść na rowerzystę, bo ma 50cm szerokości. Tutaj wszyscy przywykli do nonszalancji współuczestników ruchu drogowego, a grzeszki popełniane przez rowerzystów wydają się być śmiesznie małe w porównaniu z samochodowymi.

Turyzm - Genua podróżnicza

Grzesiu, mówisz masz ;) Dziś będzie o Kolumbie i portowej świetności miasta. Zacznijmy jednak od dworca Principe (głównego), który posiada tablicę z rozkładem uderzająco podobną do wrocławskiej :P

Myśleliśmy, że to takie wyjątkowe we Włoszech, ale dworzec Santa Maria Novella we Florencji ma taką samą...

Genua leży nad malowniczą (niegdyś) zatoką i rozciąga się na ponad 35 km. Stary Port został przekształcony w część rozrywkową - pełno tu jachtów, wodnych kawiarni, wesołomiasteczkowych urządzeń i turystów oczekujących na wejście do supernowoczesnego akwarium (na zdjęciu widoczna jest kopuła stanowiąca jego część - biosferę). Nieco dalej, w Nowym Porcie, stoi zwielokrotniony żuraw, który wygląda jak ogromna biała ośmiornica do góry mackami (na szczęście bez przyssawek). Podobno do dziś jest to najważniejszy włoski port, choć większość rejsów transatlantyckich rozpoczyna się w Neapolu.

Tuż przy dworcu głównym, na Piazza Aquaverde, znajduje się pomnik niejakiego Cristoforo Colombo podpisany jakimś odpowiednikiem zwrotu "wdzięczni rodacy". Problem w tym, że Kolumb tylko "prawdopodobnie" urodził się w Genui, a był przecież naturalizowanym Hiszpanem. Poza tym wygląda uroczo wśród muszelek i chyba tylko one odróżniają go od wizerunków Kopernika. Drzewa, które otaczają pomnik, pełne są wieczorami ptasich świergotów.

Wchodzimy w Il Piano di Sant'Andrea, najstarszy skrawek miasta. Poniżej "Dom Kolumba" przy Piazza Dante mieszczący muzeum związane z osobą wielkiego podróżnika. Widać, że ostatni generalny remont odbył się tu w XVII wieku.

Dzięki naszemu prześwietnemu przewodnikowi wiemy, iż to krużganek św. Andrzeja, ostatek XII-wiecznego klasztoru benedyktynek, który zlikwidowany został chyba za czasów napoleońskich. Na tabliczkach turystycznych wykazano podobieństwo krużganku do budowli z czasów rzymskich :P Podobno w Genui mnóstwo jest antycznych pozostałości, ale udało nam się znaleźć jedynie wspaniałą kolekcję rzymskich (i nie tylko) monet w Palazzo Rosso.

Porta Soprana, zwana również Porta di Sant'Andrea - średniowieczna brama miejska z 2 wieżami. Genueńczycy bardzo dbają o Il Piano di Sant'Andrea (XII-wieczną bramą, "Dom Kolumba", krużganek), ponieważ część tego typu zabytków zmuszeni byli wyburzyć w XIX i XX wieku z powodów praktycznych (miasto szybko się rozbudowywało).

Przedostatnie spojrzenie na malownicze uliczki.

środa, 3 grudnia 2008

Turyzm - Genua idyllicznie

Naszą listopadową podróż do Genui uprzyjemnili nam pewni świeżo zaręczeni (pozdrawiamy!) Liguria różni się od Piemontu diametralnie. Wystarczy powiedzieć, że w ciągu 2 h jazdy pociągiem temperatura wzrosła z 14 do 22 stopni, a ostatkiem sił zielone drzewa w okazałe palmy i drzewa, wśród których uparcie świergoliły ptaki. Śladów Shelley'a i Byrona brakło, jednak zupełnie nieoczekiwanie trafił się Paganini. Ale po kolei.

Genua to miasto o wyraźnie średniowiecznych cechach - uliczki ma bardzo wąskie, strome, kręte, źle oświetlone. W nocy w niektórych panuje zupełny mrok. W dodatku jest miastem portowym, a przy tak urbanistycznie sprzyjających warunkach mordobicia musiały/muszą być na porządku dziennym. Kamienice mają często 4 wysokie piętra, a wydają się jeszcze wyższe niż w rzeczywistości. Doświadczenie bliskie niekiedy niemieckim filmom ekspresjonistycznym. Na szczęście feria barw niweczy takie ponure rozważania. Poza tym stale miałam wrażenie, że wszystkiego było za dużo - szyldów, kwiatów, przybudówek, schodów czy okien (jeden z reklamowych kiczyków do podziwiania poniżej). Wspaniały włoski chaos, który wreszcie znalazł swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości miejskiej. Symetryczne ulice Turynu zupełnie do mentalności jego mieszkańców nie pasują.

Genova ma w herbie 2 takie gryfy (oczywiście bez kalesonów). Polska nazwa miasta to łaciński relikt, natomiast w języku liguryjskim brzmi zupełnie inaczej. Dialekt to straszna rzecz dla obcokrajowca. Dla przykładu na powitanie musieliśmy się przestawić ze swojskiego już "ciao" na "salve". Turystów sporo, mnóstwo przedstawicieli egzotycznej imigracji, ale w tym wszystkim jakoś gwarno i przyjemnie. Wiał łagodny wiatr od morza, w powietrzu czuć było lekki zapach kwiatów - zupełnie, jakbyśmy trafili na ostatni dzień lata. Maleńkie kawiarenki, bajkowe szyldy i światełka po zmroku.

Różnica poziomów między poszczególnymi kamienicami bywa znaczna (jak na zdjęciu). Niektóre schody przypominały drabiny.. W Genui brak ulicznych pijków, ale każdy dziedziniec ma swoją fontannę. Szukaliśmy bez skutku parku, w którym pochowano ofiary dżumy z 1349 roku (zaraza przeszła do Europy z genueńskich kolonii handlowych na Krymie). Dopiero ze szczytu wieży muzealnej zobaczyliśmy, że co prawda powierzchnią odpowiada 2 kamienicom, ale za to jest.. wielopoziomowy. Takie prowincjonalne ogrody Semiramidy :P

Darowaliśmy sobie zwiedzanie Palazzo Reale, bo czekały na nas ciekawsze muzea (o tym w kolejnym poście). Za to wstąpiliśmy na chwilę na dziedziniec pałacowy, by się bliżej zapoznać z posadzką i oczkiem wodnym. Z ogrodu roztaczał się niegdyś przepiękny widok na morze i słynną latarnię morską, jednak dziś wzdłuż całego brzegu biegnie dwupasmówka na filarach. Zasłania wszystko, a samochody okropnie hałasują. Wystarczy jednak schować się w najbliższe uliczki, by znów cieszyć się spokojem.

Turyzm - Mediolan z innej strony

Nim rozpłyną się wspomnienia z Mediolanu (co będzie dobrym pretekstem do ponownych odwiedzin), chcieliśmy się podzielić ostatnią porcją zdjęć ukazującą piękno Lombardzkiej stolicy. Mieliśmy chwilę, żeby pobuszować w gąszczu małych uliczek oplatających niczym pajęczyna okolice La Scali, Piazza del Duomo i okolic na południowy zachód śródmieścia.

Na Via Brera minął nas Whartonowski pan. Zapewne sprzedał parę obrazów i wracał do jednej w swoich kwater ponaprawiać rzeczy.

Milano nie ma tak animalistycznej etymologii co Augusta Taurinorum, a woda powinna z czegoś sikać. Złoty kaczorek nadaje się do tej funkcji idealnie.

Uwaga, uwaga! Konkurs! Kogo przedstawia poniższe zdjęcie?

Zwiedzając Włochy często natrafiamy na zjawiskowe twory. Żałujemy, że nie ma z nami znawcy (Malw, tęsknimy), który by nam objaśnił, dlaczego np. poniższy koń kuca i wierzga. A może to jest po prostu kuc... Prawdopodobnie historia powstania takich cudeniek jest podobna do historii sanockiej niziołki z parasolką. Kto wie.

Poniżej dwa zdjęcia kojarzą nam się tylko z zachwytem i ulgą, że jednak Włochy mogą urzec przytulnością.

Bazylika św. Ambrożego jest parę kroków od Katedry, ale nie żałujemy przechadzki. Chłodne mury przywitały nas freskami z XI wieku. Wewnątrz bazyliki znajduje się mała romańska krypta ze szczątkami europejskiego megaimperatora, Ludwika II. Właściwie był on tylko prawnukiem Karola Wielkiego, ale w tamtych czasach to było coś.

Na zakończenie zwiedzania udaliśmy się do Museo Nazionale della Scienza e della Tecnologia "Leonardo da Vinci". Niestety nie mogliśmy robić zdjęć w środku. Dla studentów wstęp jest darmowy, a ekspozycja bardzo ciekawa. Poza ok. trzydziestoma konstrukcjami na podstawie rycin Leonarda można obejrzeć i zapoznać się ze współczesnymi wynalazkami. Dłuższą chwilę spędziliśmy w sali radiokomunikacyjnej, gdzie np. przesyłaliśmy znaki Morse'a przez dwie anteny składające się z kwadratowego kawałka blachy. Za wzmacniacz służył przekaźnik. Prostota i efektywność tej kostrkucji powaliła mnie na kolana - czy można wymyślić bardziej dydaktyczny przykład?

Znajdują się tam również konstrukcje próbujące stawić czoła współczesnym problemom. Ciekawą kostrukcją było insektarium dla sztucznych owadów. Jego oświetlenie było zmienne, a roboty były tak zaprogramowane, żeby złapać jak najwięcej światła w swoje baterie słoneczne. Energię do zasilenia niskomocowych silniczków pobierały z lamp.

W drodze do muzeum trafiliśmy na takie cudeńko architektoniczne. Cóż z tego, że parter ma małą powierzchnię.

sobota, 29 listopada 2008

Instalacje świetlne

Zauważyłam, że większość świątecznych ozdób na wystawach, na skwerach czy nad ulicami niekoniecznie dotyczy Bożego Narodzenia, za to świetnie się sprawdza w uprzyjemnianiu wieczornych spacerów. Natknęliśmy się ostatnio na wystawę szopek krakowskich i na glinianą stajenkę w jednej z galerii. Odnoszę jednak wrażenie, że zwyciężył duch amerykańskiego zakupoholizmu. Świąteczne mercatini działają od połowy listopada do połowy stycznia, a połączone są z wesołym miasteczkiem i pokazami sztucznych ogni. Wszędzie nadmiar - po co komu bombki z Elvisem czy bokserki z reniferami? No i czy te kule nie wyglądają jak WOW? :P