Będąc na wymianie w kraju kapitalistycznym musimy pamiętać, by plusy nie przysłoniły nam minusów. Jednym z nich, nad którym już nieraz się rozwodziłem, są ceny. Dobrej rady ktoś udzielił: "nie przeliczaj wszystkiego na złotówki". Rada to słuszna, bo za każdym razem, gdy przeliczam rachunek po skończonych zakupach, chwytam się za głowę. Już mam rozrywać szaty, gdy przypominam sobie, że mam nici tylko dwóch kolorów, a nowe ciuchy można dostać tylko w metroseksualnych krojach. Dlatego, za radą Jul, postanowiłem od pierwszego dnia notować wydatki. Odświeżyłem sobie Excela. Nie pamiętałem już, że jest aż tak intuicyjny. Posługując się nabytą wiedzą mogę ekstrapolować tempo wydatków i przewidzieć, czy mogę sobie pozwolić np. na ośmiorniczki albo wyjście do muzeum. Na razie na zbytkach tego typu oszczędzam, bo początkowo było sporo wydatków i nie zdążyło się jeszcze uśrednić. Ubocznym skutkiem tych obliczeń są śmieszne wykresy. Oto jeden z nich, wykonany 5 dni temu:
Jak widać, rozrywam się po kosztach.
A oto rozmowa, którą odbyliśmy pewnego słonecznego dnia. (Jul uważa że to irrelewantne, bo miało to miejsce na schodach. (Ja jednak bardziej pamiętam pogodę tamtego dnia.))
- Mam ochotę na dwa litry kawy. - powiedziała zapracowana Jul.
- Taką z 8 łyżeczek i z 4 łyżeczkami cukru? - sfrapował się Jan.
- Właśnie taką! - odparła.
- Umrzesz od tego! - zmartwił się Jan.
- Wtedy pójdę do Coffee Heaven.



